poniedziałek, 7 lipca 2008

first steps

podroz byla dluga i niewiarygodnie meczaca. ale dotarlam. i tak minely 2 tygodnie. pracuje u Tommy'ego Hilfigera. da sie wytrzymac. niewiele jest tu do roboty, wszystko zalezy od naszej pomyslowosci - jezeli ewentualnie starcza na nia sily lub czasu po pracy. tylko na myslenie jest go za duzo... mysle o tym, co bylo jeszcze nie tak dawno, ale za wiekszoscia chyba niestety nie tesknie. brakuje mi tu tylko kilku osob. ale cos za cos. dostep do neta mam zadko, ale jak juz sie dorywam to upewniam sie jedynie, ze to czego sie domyslam jest prawda. that nobody fuckin' cares! wszyscy maja w dupie. czy jestes tam czy tutaj. kazdy ma na uwadze tylko wlasne JA. szkoda, ze musialam tyle jechac, zeby ostatecznie to do mnie dotarlo. a wiem, ze dotrze do mnie o wiele wiecej. i wiem ze najblizsze pol roku [a zanosi sie ze wiecej] zmieni mnie doszczetnie. nie wiem tylko jak bardzo mam sie tego bac. chyba zaczne medytowac, zeby zablokowac sobie myslenie - bo jak mysle to tesknie, a juz zdarzylam sie przekonac, ze to bez sensu. bez sensu jest sie produkowac i czekac na efekty produkowania sie innych. nikomu nie robie wyrzutow, bo w gruncie rzeczy wszyscy jestesmy takimi samymi chujami wobec siebie. zwyklymi egoistami.